18 kwietnia 2014

H.O.M.E.O.

Tak to sobie na ŚUMie wymyślili, że zrobią nowy kierunek. I to medyczny, na uniwersytecie medycznym - homeopatię. Na dodatek tak się złożyło, że ostatni wykład z farmakologii zgrał się z wydarzeniami przeszłego tygodnia. Między innymi poruszony został temat homeopatii (drugim ciekawym tematem były energetyki). Bardzo spodobał mi się przytoczona wtedy wypowiedź prof. A. Gregosiewicza:

"To interes wszechczasów. Sprzedawać nic za pieniądze. Podkreślać, że to nic jest istotą leku. Informować klientów, że dostają nic. Nikt już nigdy nie wpadnie na pomysł wykorzystania nicości." 

Zorganizowano jakieś 50 miejsc na studia płatne. Dostajemy kwitek o byciu super wyksztaconym homeopatą. Ciekawe jaki będzie program tych studiów. "Rozpuszczanie substancji w stężeniu nieprzekraczającym 1 atomu na szklankę wody"? Ewentualnie cząsteczki czy innego kawałka mięsa na milion litrów rozpuszczalnika. 

Prezentuję smaczki, które znalazłem w wiki. 
Istnieje w homeopatii metoda oznaczania rozcieńczenia danej substancji za pomocą literki "C". 1C oznacza, że rozpuszczamy do stężenia 1:100. 2C=1:10 000, i tak dalej. Teraz najlepsze. 

30C, rozcieńczenie zalecane w homeopatii. Dla ambitnych, policzcie sobie ile to wyjdzie :) Dla leniwych: 
Pacjent musiałby przyjąć około 1041 tabletek lub ponad 1033 litrów ciekłego preparatu by spożyć pojedynczą cząsteczkę oryginalnej substancji. 

200C, jak w znanym i lubianym "oscillococcinum": 
Jest to znacznie mniejsze stężenie, niż gdyby cały obserwowalny wszechświat wypełnić wodą i znajdowałaby się w nim tylko jedna cząstka substancji aktywnej (rozcieńczenie to wynosiłoby około 55C, wartość dużo mniejsza od 200C). Matematycznie - 1:10^400. Wszechświat ponoć ma 10^80 cząsteczek. Słaby jakiś ten nasz *Universe*. 

Mówi się, że homeopatia nie szkodzi. No bo jak, skoro tylko wypije wodę, połknie tabletkę czy co tam innego. Tylko później pacjent przyjdzie i powie, że nie chce się już leczyć, bo odkrył świetne nowe preparaty u swojego ulicznego znachora. A wtedy przy zdrowiu będzie go trzymały efekty placebo i inne "podświadomościowe", które nie będą zawsze działać. 

To był post z kategorii "moim skromnym zdaniem". Dziękuję za uwagę ;)

PS. Maturzyści, do nauki! :D

5 kwietnia 2014

Więcej równa się mniej

Po trzech semestrach studiowania stopniowo kreuje się we mnie przekonanie, że wyższe organy regulujące program studiów medycznych tak naprawdę wiedzą co robią i się na tym znają. Z moich osobistych obserwacji wynika takowa zależność:

większy zapieprz + mniej czasu = dużo zrobione
mniejszy zapieprz + więcej czasu = praktycznie nic nie zostanie zrobione

Słyszałem o tym kiedyś jeszcze przed studiami, ale dopiero teraz poznałem co to naprawdę znaczy. Wczoraj pisałem kolosa z farmy. I od tamtej pory nadal nie zrobiłem nic konstruktywnego. Spałem, jadłem i piłem. Nie mówię, że żałuję sobie odpoczynku, ale w tym samym czasie mógłbym zrobić wiele rzeczy, które ułatwiłyby mi przedzieranie się przez kolejne dni tygodnia.

Powracając do pierwszego zdania, widzę to po zmianie planu studiów. Jest więcej roboty, owszem, ale dajemy radę i większość dobrze sobie z tym radzi. Po prostu znaleźliśmy sposoby na pozyskanie większej ilości czasu na naukę przy jednocześnie lepszym spożytkowaniu wolnego. Stąd też wielkie imprezy w naszym pokoju w TBV przez pierwszy rok studiów oraz wiele innych rzeczy, które nie miałyby miejsca przez zwykłe i jak dobrze znane zmęczenie z nicnierobienia. Siedziałby człowiek tylko na facebooku i całej reszcie, nie chcąc przy okazji robić niczego “dla siebie”.

Wszystko ma swoje granice, a te ujrzeliśmy przed egzaminem z histologii. Po prostu nie dało się tego fizycznie zrobić. Jak dawaliśmy radę z kombo 3xAnato+2xCośRównieWymagającego co tydzień, tak przeczytanie i wkucie trzech książek (histologia, embriologia i cytologia) w jakieś 5 dni wydawało się wtedy nieosiągalne. Teraz pewnie podszedłbym do tego całkiem inaczej i w głowie zostałoby o wiele więcej, ale to tylko spekulacje.

Wnioski? Podzielić swój czas na części z różnymi deadline'ami i zrzucić sobie na głowę milijony rzeczy do zrobienia. I robić je. A gdy przyjdzie czas na odpoczynek - odpoczywać. Bez facebooków i innych bredni.